niedziela, 31 stycznia 2016

Stadko :)

Korzystając z urlopu męża i z większej ilości wolnego czasu, bo nagle i obiad ktoś ugotuje i zajmie się Kubą na jakiś czas zamówiłam sobie kilka książek do poczytania. Obecnie czytam dwie. "Księga rodzicielstwa bliskości" i "Politykę karmienia piersią" Pierwszą mogę polecic tym którzy dopiero szukają swojej drogi w macierzyństwie. W moim przypadku ciekawe były tylko pierwsze strony opisujące zalety RB gdy co chwila śmiałam się, cytowałam mężowi i dodawałam, "Ty patrz, Kuba właśnie taki jest"Tak po prawdzie to nie wiem czy akurat dzięki temu jak Kubę wychowujemy, czy po prostu taki ma charakter. Tą notkę dokończę więc gdy wytestuje to przy kolejnych naszych dzieciach. Ogólnie nie lubię szufladkowania w style wychowawcze, bo jak pewnie sami wiecie wokół samej nazwy często narasta cała masa pomówień, dziwnych interpretacji itd. "Filary", "narzędzia", "wychowywanie w duchu"... jakoś tak mnie to razi, chociaż Searsowie zrobili duuużo dobrego pisząc tą książkę. Może ktoś czytając ją zastanowi się głębiej. I nie chodzi jak dla mnie o stosowanie tego co tam piszą ale o jeden malutki, drobniutki szczególik: Dziecko to człowiek który ma takie same potrzeby jak i my. Dziecko nie jest do tresowania. My nie mamy go wciskac w nasze ramy ani ono nas w swoje. My jako rodzina mamy stworzyc jeden piękny obraz. Wystarczy to zrozumiec i wszystko staje się dużo prostsze. Jak to mówią: "Kochaj i rób co chcesz". Jestem zafascynowana tym jak działa takie troskliwe i pełne zrozumienia podejście do dziecka. Szczególnie że ja to trochę taki św. Paweł. Najpierw sama prześladowałam i szerzyłam herezje a potem mnie olśniło i przeżyłam głębokie nawrócenie. Ja sama doradzałam by dziecko się wypłakało. Sama mówiłam że noszenie rozpieszcza, sama siałam w sercach rodziców tego chwasta "psucia dziecka" I głęboko teraz tego żałuję. Bo dopiero teraz zrozumiałam o co w tym wszystkim chodzi. Gdy miłośc do dziecka zalała mnie niczym tsunami. I okazało się że miłością dziecka nie zepsułam, że wcale nie muszę wprowadzac żelaznej dyscypliny żeby jakoś ujarzmic tego małego potworka który, gdy mu się pozwoli to wejdzie mi na głowę i zostanie tam do osiemnastki albo i dłużej. O nie, wręcz przeciwnie. Grunt to zmienic myślenie. Bo my to stado. Lubię to określenie. Nie ma mnie, Krzyśka i "dziecka" jesteśmy stadkiem, kochającym się, wspierającym i rozumiejącym siebie nawzajem. Czy gdyby Krzysiek miał wypadek i był sparaliżowany, to czy zrobiłabym mu grafik na pory karmienia? Czy nie reagowałabym od razu na jego potrzeby? Czy może przyszłabym i powiedziała: "nie interesuje mnie że masz zły dzień, musisz sam sobie z tym poradzic bo inaczej cię przyzwyczaję i nie dam sobie potem rady" chyba nikt nie zachowywałby się tak w stosunku do osoby którą kocha. A oczekujemy tego od dziecka które dodatkowo nie rozumie co się dzieje. I to jest jedyna rzecz której nie mogę zdzierżyć. Gdy słyszę płaczące dziecko zamknięte w pokoiku i to moje ciało jest całe gotowe by skoczyc na ratunek a prawdziwa matka jest na to nieczuła. I tylko tego jednego nie jestem w stanie zaakceptowac i to już się nie zmieni. Wszystko inne to mniejsze czy większe niuanse ale nie to. Czy nie lepiej zbudowac z dzieckiem więź? Kiedyś dziecko i osoba po alkoholu była dla mnie niczym podgatunek, ktoś kto jest za głupi żeby wchodzic w nim w jakąkolwiek reakcję. Pijak bo i tak nie jest świadom tego co się do niego mówi a dziecko bo i tak jest za małe żeby zrozumiał. Mój wielki grzech.Kuba pokazał mi w jak wielkim błędzie byłam. Dzieci rozumieją więcej niż nam się wydaje. Tylko trzeba wejśc z nimi w relację, nawiązac kontakt, wytłumaczyc. Traktowac z jeszcze większą wrażliwością. Kiedyś myślałam że dziecku można wyrwac coś z rączki jeśli uważamy że nie powienien tego miec. Otóż eureka, wystarczy poprosic a jeśli spotkamy się z odmową, wystarczy przedstawic odpowiednie argumenty. Tak jak z dorosłym. Czy jeśli Krzysiek nie chce mi oddac telefonu to wyrywam mu go z ręki? Nie. Kuba rozumie, Kuba oddaje mi rzeczy gdy go o to poproszę, zazwyczaj robi wszystko o co się go poprosi a jeśli nie robi to ma do tego prawo jak każdy człowiek a my jako dorośli mamy całą gamę narzędzi by jednak młody osobnik sam z własnej woli zmienił zdanie. To dużo prostsze niż się wydaje i zbudowane na miłości a nie na strachu. Kocham moje stadko!!

wtorek, 12 stycznia 2016

Rodzina to siła

Miałam nie pisac, ale chyba mi przeszło:) Dużo przemyśleń zebrało mi się przez ten czas. Kupa gości, kupa odwiedzin, kupa podróży. Kuba znosi wszystko bardzo dzielnie. Tydzień mieszkamy sobie u moich rodziców a tydzień u Krzyśka i tak sobie jeździmy. Bardzo cieszę się, że Kuba ma taki dobry kontakt z dziadkami, dla mnie to bardzo ważne. W ogóle dużo myślałam o tym ostatnio, o rodzinach wielopokoleniowych, o tradycji, o zasadach, o rodzeństwie. To trochę jak w kościele. Kiedyś przeczytałam coś gdzieś kiedyś, moze w kilku miejscach, może w jednym, chyba większośc u Emilki (przepraszam jeśli coś przekręciłam) ale ogólnie chodzi o to że czasem coś nam się nie podoba, nie chcemy czegoś robic bo coś jest przestarzałe, bo tego nie rozumiemy, bo uważamy za niepotrzebne, bo wolimy po swojemu... a to wszystko ma jednak sens, ukryty ale ma. Może uczy nas pokory? Może pomaga zwalczyc pychę? To jest właśnie mój problem. Straszny ze mnie patałach, wszystko sobie odpuszczam, bo to taki szczególik, bo to nie ważne, nieistotne. Imieniny? Głupota, co niby dają jakieś tam życzenia? Przecież i tak się nie spełniają. Urodziny jeszcze jeszcze, ale i tak ciężko zapamiętac daty. Rocznice? Fajna sprawa ale albo nie ma kiedy czegoś przygotowac, albo nie ma jak, albo jakoś tak zeszło i przeszło i moje słynne "oj tam..." Części mojej rodziny w ogóle nie znam, na własnym weselu nie wiedziałam czy to moi goście czy Krzyśka. Przyszli jacyś ludzie ale kto to? Pojęcia nie miałam. Tak się właśnie kończy takie odpuszczanie sobie w małych kwestiach. Odpuszczę sobie w małym, odpuszczę i w dużym. U Krzyśka ta rodzina to jak włoska mafia. Raz dobrze, raz źle ale jak potrzeba to murem za sobą stoją. I nie ma że daleko, kontakt jest zawsze. Moja teściowa to pamięta daty urodzin, imienin, rocznic ślubu, śmierci chyba wszystkich możliwych krewnych i zawsze dzwoni z życzeniami lub chociaż wysyła smsa. Krzysiek też tak miał dopóki nie zaraziłam go moim "oj tam" Do czego zmierzam? A do tego że Kuba wchłonie to jak gąbka. A ja nie chcę żeby wyrósł z niego taki patałach. Rodzina to siła. Wielka siła. Przecież od zawsze ludzie trzymali się w kupie i było im dobrze. To uczyło dzieci szacunku, wspomnianej już pokory, dawało korzenie, poczucie bezpieczeństwa. A teraz? Już nie mówię o dalszej rodzinie ale ile jest sytuacji że dziecko nie ma kontaktu z dziadkami bo synowa obraziła się o jakąś duperelę i żeby pokazac kto rządzi i kto silniejszy to wnuka dziadkom na oczy nie pokaże. Cóż, prawdziwy to pokaz siły. Ja wiem, że to wszystko to trudne sytuacje. Sami wiecie jak często narzekam na swoją teściową. Czasem naprawdę trudno o porozumienie i łatwiej powiedziec "jak tak to ja ma to gdzieś, pojadę sobie i się nie będę odzywac, jak moje dziecko ma miec taką babcię/dziadka to lepiej żeby w ogóle nie miało" Czasem nawet ja miałam takie myśli. Ale chyba nie tędy droga. Bo jaki przekaz dajemy wtedy dziecku? Czego je uczymy? Że w taki sposób rozwiązuje się konflikty? Że tak można traktowac własną matkę/ojca lub jedną z najbliższych osób naszego małżonka? Aby patrzec jak potem nasze własne dziecko znajdzie sobie powód aby przestac się do nas odzywac. Mówię to na własnym przykładzie. Taki jaki moi rodzice mieli stosunek do kontaktów rodzinnych taki i ja mam. Chciałabym aby Kuba szanował swoich dziadków, chciałabym mu przekazac właśnie to co przekazała mama Krzyśkowi, że rodzina to rodzina, że zasady to zasady, tradycja to tradycja a nie jakieś tam "oj tam oj tam" Bo to jest ważne, to jest ubogacające i kształtuje silnego, dobrego człowieka opartego na dobrych mocnych fundamentach. Takie dziecko patrzy i obserwuje, dziecko które rozwija się w dużej rodzinie widzi jak rozwiązuje się konflikty międzypokoleniowe. Nie powie do babci "Tyś stara i o niczym nie masz pojęcia" Będzie umiało czerpac z mądrości starszych osób, będzie wiedziało że ludzie są różni, że czasem jest ciężko ale warto dążyc do porozumienia. To rodzina jest pierwszym miejscem gdzie dziecko tego się uczy. Ani szkoła, ani miasto, ani nic innego tego nie zrobi. Ja mam duże braki w tym miejscu. A za moje braki odpowie niestety Kuba. Próbuję i staram się naprawiac to co się da. Wysłałam kartki na święta:)  Staram się o dobry kontakt ze wszystkimi. Nie mogę się napatrzec jak Kuba świetnie bawi się z moimi rodzicami. Jakie to dla nich ważne, Nic tego nie zastąpi. I warto dla tego było pokonac trudy podróży i znosic tą tułaczkę z kąta w kąt. Widzę ile Kuba z tego wynosi, jak bardzo jest otwarty. Ale o tym też w innej notce.

niedziela, 20 grudnia 2015

Przerwa w transmisji

Zbliża się chyba przerwa w blogowaniu. Jakoś przestałam w tym widziec sens, ani to komuś potrzebne ani mi samej już radości nie sprawia. Może to chwilowe, a może na stałe. Jakoś mi tak źle w środku. Bo ileż można pisac i czytac pieśni pochwalnych na temat dziecka? Czy różnię się czymś od innych matek? Każda kocha swoje dziecko i każda chce dla niego jak najlepiej, może czasem trudno jej jedynie odnaleśc równowagę między potrzebami swoimi a potrzebami dziecka. Każdego dnia uczę się większej pokory chociaż kiepsko mi idzie, może dlatego też lepiej będzie odpocząc od blogowania. Muszę przyznac że jestem szczęśliwa jako matka i cieszę się z wyborów jakie dokonałam. Pomimo tego że nie wszystko poszło zgodnie z planem to w ogólnym rozrachunku nie ma co narzekac. Teraz muszę nauczyc się dostrzegac te dobre strony w innych. Muszę odnaleśc moją wewnętrzną równowagę między posiadaniem własnego zdania a patrzeniem z empatią na drugiego człowieka. Często myślę nad tym dlaczego największe konflikty rodzą się właśnie między matkami. Może dlatego właśnie że dróg jest wiele a miłośc tak wielka? Każda z nas jest przekonana że wybiera dla swojego dziecka to co najlepsze a odrzuca to co jest złe, więc gdy ktoś inny robi na odwrót to... jakoś tak trudno o porozumienie. Jeśli patrzę tak dogłębnie na to co czuję to okazuje się też, że czasem mam wielką potrzebę aby ktoś mnie docenił, żeby komuś przydały się moje rady. I w tym miejscu zaczynam rozumiec wszystkie teściowe (może oprócz mojej :D [żart]) Kto tak nie ma? Wejście w macierzyństwo było dla mnie czymś tak spektakularnym jak odkrycie Ameryki, jak wynalezienie hmmm żarówki? Jak można się tym nie dzielic? To moje własne poletko na którym każdego dnia dokonuje się mój prywatny cud i mam ochotę o tym mówic, pisac tak jakby nikt inny wcześniej nie urodził i nie wychował dziecka. I to też mnie przytłacza, bo na co to komu? Każdy odbiera to podobnie, każdy chciałby opatentowac swój sposób, każdego przecież to tak samo cieszy. Więc zabieram się za układanie tego wszystkiego w mojej głowie. Mam jeszcze sporo czasu na to, przy piątym dziecku wszystkie te uczucia które mną teraz targają spowszednieją niczym reklamy w telewizji.
Gdybym nie znalazła chwili przed świętami:
Życzę wszystkim czytelnikom tego bloga:
Wesołych, spokojnych Świąt Bożego Narodzenia
spędzonych w gronie najbliższych kochających osób,
Każdego z was ściskam mocno!!!

środa, 25 listopada 2015

Szwedzkie wychowanie

Nawiązując do poprzedniej notki chciałabym opisac tutaj jak w ogóle Szwedzi podchodzą do wychowywania dzieci i do zdrowia. Nie będzie to pełny obraz, nie będzie to nawet połowiczny obraz bo opiera się on tylko na tym co ja widzę i na tym jak JA to interpretuję. Nie wszystko mi się podoba, ale uważam że dużo można by było od Szwedów skopiowac. Zacznijmy od początku. Pierwszy lepszy dzień w otwartym przedszkolu. Wchodzę z Kubą w chuście. Chusty chyba nikt tutaj nie używa. Na początku budziło to lekkie zdziwienie i zainteresowanie. Dziwi mnie to trochę bo górzyste tereny są idealne do chustonoszenia, nie trzeba nadrabiac kilometrów:D Rozbieram Kubę i puszczam na podłogę. Sama siadam na kanapie. Przychodzi pani która tam pracuje, wita się z Kubą, przynosi mu pudło z zabawkami. Zazwyczaj jestem pierwsza, potem przychodzą kolejne mamuśki. Półroczny Alex (no teraz już chyba nieco starszy) mama kładzie go na podłodze sama siada na kanapie z koleżanką (mamą Alice, w tym samym wieku co Kuba) Alex turla się po całej podłodze, po wszystkich częściach przedszkola. Starsze dzieci kraczają przez niego z wielką ostrożnością. Gdy Alex doturla się do jakiejś zabawki łapie ją, podnosi, komicznie to wygląda gdy trzyma nad głową wielki wóz strażacki, potem poturla się pod stół, między krzesła. Alice w wieku 10 miesięcy wchodzi na zjeżdżalnie i z niej zjeżdża, mama krzyczy tylko do niej żeby położyła się na brzuchu. Przychodzi też kobieta z Somalii ze starszą córką i malutką, zaraz po urodzeniu. Ona to się w ogóle nie przejmuje. Maleństwo leży albo zapapulone w nosidełku (w sumie w Afryce gorąco) albo na macie na podłodze. Gdy płacze, dostaje cyca. I jeszcze jedna mamuśka w ciąży z trójką dzieci. Podczas zabawy najmłodsze wpada za kanapę i ma z tego świetny ubaw. Kobiecina z brzuchem pod sam nos, odsuwa tą kanapę i dziecia wyciąga, potem czyta całej gromadzie bajki, obsiadły ją jak kurczęta kwokę, siadają jej na tym brzuchu, kokoszą się, wiercą. Jest pora lunchu, dziei lądują w fotelikach, dostają wafla albo kanapkę i jedzą same. Rzadko kiedy karmi się je łyżeczką, Chyba że mają jogurt albo słoiczek do jedzenia. Czasem jest pieczone ciasto, czasem są kruche ciasteczka, czasem jabłuszko. Mamy piją sobie kawę i również jedzą. Starsze dzieci dostają ekologiczne mleko do picia. We wtorki są spotkania bardziej dla rodziców z malutkimi dziecmi, do roku czasu. Raz byłam na takim spotkaniu w bibliotece. Co mnie pozytywnie zaskoczyło? Podejście do karmienia piersią. Do pół roku karmienie piersią jest naturalne, jak chodzenie do toalety.
Tutaj Szwedzi nie roztrząsają się tak nad dziecmi, nie pilnują każdego ich kroku, stawiają na minimalizm. Stwarzają dziecku bezpieczne otoczenie i niech sobie radzi. Nabije sobie guza? Trudno, czasem te dzieci wyglądają jak po przemocy domowej. To co mi się nie podoba to to że bardzo wcześnie oddaje się je do przedszkola albo do żłobka. Nie wiem jak tam jest, i nie zamierzam sprawdzac w najbliższym czasie. Jak wyglądają kontrole? Po drugiej stronie przedszkola jest tak jakby ośrodek zdrowia dla dzieci. Chodzi się tam na bilanse i szczepienia. My z Kubą idziemy jutro. Nikt nie robił mi problemów z powodu nieszczepienia. Książeczka zdrowia to karteczka wielkości notesu, szara i brzydka. Gdy pielęgniarka zobaczyła naszą wielgachną polską to nie mogła się napatrzec. I kolejna różnica: Gdy kuba łapał katar zostałam z nim w domu. Tutaj nikt się nie przejmuje takimi błahostkami. dzieci się smarkają, kaszlą ale w domu nie siedzą. Jak widac z poprzedniej notki tutaj trzeba byc nie wiadomo jak chorym żeby coś z tym zrobili. W ośrodku co chwila pojawiają się na telewizorku reklamy mówiące o tym że nie wolno leczyc przeziębienia antybiotykiem. W ostatni piątek miesiąca organizowany jest dla dzieci grill w lesie. Jeszcze nie byłam ale oglądałam zdjęcia. Dzieci w kombinezonach puszczone na ziemię, w liście bez żadnego stresu. W Polsce nie jedna babcia na zawał by umarła. Ale to całkiem inna rzeczywistośc. Wydaje mi się że lepsza dla dzieci. Takie podejście bez siania paniki na każdym kroku jest dużo lepsze. Normalnośc jest normalna, nie szuka się wszędzie patologii i możliwych powikłań. Będą powikłania? To się zaradzi. W Polsce często spotykam się z przesadną ostrożnością. "A co jeśli?" "Bo może stac się to i tamto..." No pewnie że może ale takim tokiem rozumowania to trzeba z domu nie wychodzic. Czasem strach niszczy nam życie i naszym dzieciom też. Mi coraz bardziej szwedzkie podejście się podoba ale ważne by robic wszystko w zgodzie z własnymi przekonaniami:) A Wy co sądzicie?

poniedziałek, 23 listopada 2015

Pierwsze poważne przeziębienie

Wspominałam coś ostatnio że pod górkę? Że pech? No mówiłam sobie wtedy "Dobrze że przynajmniej Kuba zdrowy" Otóż i w tej materii nas nie ominęło. Mamy za sobą pierwsze poważne przeziębienie. Poważne bo pierwszy raz Kuba miał gorączkę ponad 40 stopni. Trudny to był czas ale dzieli się on na dwa etapy. Pierwszy gdy miałam ochotę pozabijac szwedzkich lekarzy za brak pomocy. Byliśmy w ośrodku dwa razy, mówiłam, że dziecko ma wysoką gorączkę, cały czas płącze, nie je, nie pije, boli go przy przełykaniu, że nie ma żadnej poprawy. Kuba całe dnie był półprzytomny, spał i jęczał, jęczał i spał. A co w ośrodku powiedzieli? Że to normalne, żeby przyjśc jak dziecko będzie miało drgawki, będzie sztywne od gorączki, przestanie siusiac. Gdy za drugim razem nic mu nie przepisali, poszłam do apteki sama, pytam się czy mają coś na przeziębienie dla rocznego dziecka, coś od gardła, od kataru. Z bólem znalazła mi nasivin. Na gardło nie ma nic. No i panadolin. Tutaj to lek na wszystko. Myślałam że z bezsilności i wściekłości rozszarpię na strzępy. Ale cóż mogłam zrobic. Tego samego dnia wieczorem, gorączka zmierzona w uchu: najpierw 40,1, potem, 41,5, potem 41, 6. Oczywiście już po podaniu leku, robiłam okłady no i zaraz spadła ale ten stres długo zapamiętam. W Polsce gdybym poszła z takim dzieckiem do ośrodka to od razy wylądowałabym w szpitalu z silnym antybiotykiem. A z apteki wyszłabym z dwoma siatami leków. Tak, ale to był pierwszy etap. Teraz mamy drugi etap w którym... jestem wdzięczna tym lekarzom. Oni jednak wiedzieli co robią. Przebadali Kubę w ośrodku dwa razy i faktycznie lepsze dla niego było przechorowanie tej choroby. Jeszcze dwa dni temu dziecko było pół żywe a dzisiaj po chorobie nie ma praktycznie śladu. Nawet katar prawie minął. Nawet wydaje mi się że jest z nim jakoś tak lepiej niż przed chorobą. Może i antybiotyk szybko by pomógł al to jak z łataniem dziur w Polsce. Zaklei się byle czym no i faktycznie szybko i prosto dziury się pozbyli, ale zaraz potem cała droga to jedna wielka dziura. Wbrew pozorom jestem wdzięczna bo wszystkim nam wyszło to na dobre. Kuba nabierze odporności, ja już nie będę tak panikowac. Jestem teraz dużo silniejsza a i nasz związek przeszedł malutką próbę. I muszę powiedziec że obroniliśmy się. Świetnie współpracowaliśmy pomimo zmęczenia, stresu, nerwów, strachu. Na mojego męża zawsze mogę liczyc:) Także tutaj na plus w ogólnym rozrachunku:)

sobota, 14 listopada 2015

Smutno mi...

Czasem jest tak że mam ochotę położyc się, zasnąc i obudzic za rok. Problemy lubią chodzic całymi stadami. A ja mam dośc. Zaczyna się niewinnie a potem jest coraz gorzej i gorzej i aż strach budzic się bo nie wiadomo co złego przyniesie kolejny dzień. I ta niepewnośc. Tak w wielkim skrócie, zepsuł nam się drugi raz samochód, tym razem konkretnie. Naprawa tutaj 15 tys. koron. Trzeba będzie się go pozbyc, ale jakoś tak serce boli bo kupiony za ślubne pieniądze. W robocie męża duże problemy, na moje oko trzeba szybko szukac czegoś innego. Złośliwośc ludzka nie zna granic. Jesteśmy że tak powiem w czarnej pupie:(

piątek, 6 listopada 2015

Zrobiłam sobie kanapkę...

Zrobiłam sobie kanapkę. Myślę sobie: samo zdrowie. Chlebek, awokado, ser żółty, pomidor, czarne oliwki. I tak sobie wcinam, ale coś mnie tknęło. Czytam etykietę sera: chlorek wapnia, azotan potasu... Ten pierwszy niby uważany za nieszkodliwy ale w dużych ilościach podrażnia błony śluzowe za to ten drugi: "Sprzyja powstawaniu nowotworów, częste spożywanie może miec niekorzystny wpływ dla zdrowia, może powodowac bóle głowy, zabroniony lub niewskazany dla niemowląt i dzieci" No dobra, to może czarne oliwki są spoko? O nie... cóż tam znajdziemy oprócz oliwek? Glukonian żelazawy. "Częste spozywanie może miec niekorzystny wpływ dla zdowia i uwaga po przedawkowaniu może prowadzic nawet do śmierci niemowląt" Używa się tego do barwienia czarnych oliwek. Kurcze a ja głupia naiwna myślałam że czarne oliwki są czarne z natury. Nawet nie chcę wiedziec czym był traktowany ten nieszczęsny pomidor i równie nieszczęsne awokado. O imitacji chleba już nawet nie wspomnę. Ja się pytam jak życ? Staramy się z mężem unikac całej tej chemii ale to jest po prostu niemożliwe, a nawet jak jest to trzeba po pierwsze nieźle się napocic, a po drugie wydac dużo więcej pieniędzy. Gdzie się podziało normalne, zdrowe wartościowe jedzenie?! Mleko nie jest mlekiem a konserwą mleczną, wędlina nie jest wędliną tylko czymś co jeśli bym zobaczyła podczas produkcji zapewne wywołałoby u mnie odruch wymiotny. Warzywa są niczym napompowane pestycydami, nawozami balony które aż błyszczą od tych wszystkich oprysków. Wszystko jest przetworzone milion razy, nafaszerowane chemią, pozbawione wartości i ludzie się dziwią że chorzy non stop. Ale chyba warto chociaż próbowac z tym walczyc bo przecież tutaj chodzi o nasze zdrowie. Ostatnio usłyszałam że bez sensu robię nie dając Kubie słodyczy, parówek i innego takiego jedzenia. Bo teraz jeszcze mi się udaje ale jak będzie starszy to już go przed tym nie uchronię. No tak. W końcu i tak umrę to po co życ? Od razu położę się do trumny i poczekam... Wiem że nie uchronię Kuby przed całym złem tego świata ale jeśli mogę z czegos co szkodzi zrezygnowac to chyba głupia bym była gdybym tego nie zrobiła. Wierzę że nasze ciało świetnie funkcjonuje gdy mu sie nie przeszkadza a takie chemiczne jedzenie właśnie przeszkadza i nie wiadomo czy taka paróweczka nie okaże się za którymś razem przysłowiowym gwoździem do trumny. Dla jasności dodam że nie uważam że to coś złego gdy od jakiegoś czasu dziecko zje coś niezbyt zdrowego. Jesteśmy w końcu tylko ludźmi ale nie można z tego robic normy zasłaniając się tym że i tak wszystko jest z chemią. My walczymy, może i pozycja przegrana ale nie zamierzam poddac sie walkowerem.