środa, 13 kwietnia 2016
Komunikacja
Będę się chwalic, chociaż piszę tego posta też trochę po to aby za jakiś czas, gdy na świecie pojawi się Pestka zweryfikowac moje spostrzeżenia. No i przypomniec sobie niektóre sytuacje będzie fajnie. Jesteśmy teraz wszyscy w takim jakby ośrodku wypoczynkowym czy czymś w tym stylu. Krzysiek ma tutaj pracę i na ten tydzień ja i Kuba przyjechaliśmy razem z nim, na następny może też. Jest cudnie, czuję się jak na wycieczce szkolnej. Mamy pokoik na poddaszu z kuchnią i toaletą, zaraz obok jest jezioro, plaża, ścieżka, pełno pomostów, bajka. Kuba praktycznie siedzi cały czas na dworze, aby wraca i od razu prosi żeby go ululac. Właśnie o tym chciałam napisac. O komunikacji z moim dzieckiem. Kuba ma prawie 17 miesięcy. Zasób słów mocno ubogi a dogadujemy się we wszystkim. Najbardziej podoba mi się to że on chce z nami rozmawiac. Przynajmniej ja to tak odbieram i strasznie się z tego cieszę, wręcz celebruję każdy dzwięk, który Kuba wypowiada do mnie. Bo jest różnica kiedy coś tam sobie burczy pod nosem a kiedy szuka kontaktu, kiedy coś pokazuje, coś tłumaczy. Patrzymy wtedy na siebie i "rozmawiamy". To dla mnie bardzo budujące, takie niby nic a tak cieszy. Kuba bardzo lubi oglądac książki. Pokazuje wtedy różne rzeczy, ze swoim charakterystycznym "Da da" lub ostatnio "ne ne" a ja opisuję to pełnymi zdaniami, Kuba nie zadowoli się zwykłym "acha", i tak rozpoznaje już nawet dzięcioła na różnych obrazkach uderzając ręką o podłogę, pokazuje że dzięcioł robi stuku puku :D nie będę tu wymiec całego dźwiękowego słownika mojego syna, ale tak po skrócie potrafimy już rozpoznac: krowę, kota, psa, pojazd mechaniczny lub jakiś warczący sprzęt, żabę, jajko( żaba i jajko mają taki sam dźwięk: "ka ka") na jedzenie i picie Kuba mlaska, więc nie ma problemu żeby zrozumiec kiedy jest głodny. Dodam że mlaska prawie cały czas i jest gotowy zjeśc praktycznie wszystko. Ponoc dzieci nie lubią zielonych warzyw, Kuba uwielbia brokuła, szpinak, fasolkę, ponoc nie lubią kasz i roślin strączkowych, Kuba uwielbia kaszę jaglaną, kaszę gryczaną, soczewicę, ciecierzycę za to płatków jęczmiennych nie lubi. Do tego od niedawna je łyżeczką i widelcem, z widelcem muszę trochę pomóc, ale jest nieźle. No i bardzo nam się podoba Kuby zwyczaj robienia "pa pa". Gdy uważa coś za zakończone macha tak rozkosznie rączką, trochę to my go tego nauczyliśmy a trochę on sam to podłapał, i tak Kuba macha ludziom, czasem poproszony a czasem sam z siebie, gdy kończymy zabawe to też mówię mu żeby zrobił pa pa, dzięki temu wiem kiedy Kuba jest gotowy np zając się czymś innym lub wrócic do domu. Nie ma histerii, złości, jest współpraca. Najśmieszniejsze jest to że nawet jak ssie i zakończy konsumpcję to macha w stronę tej piersi z której właśnie jadł a dla mnie jest to znak że mam ją niezwłocznie schowac, Kuba będzie machał tak długo aż nie zasłonię jadłodajni. To w ogóle fajny zwyczaj, raz poprosiłam Kubę żeby nie rzucał jedzenia na podłogę jak skończy tylko oddawał mi do ręki. I teraz przynosi mi np kromkę chleba i jeszcze skubaniec pokazuje żeby schowac ją do woreczka, żeby się nie zeschła :D W ogóle pedancik z naszego dziecka. Gdy zje to albo sam odnosi do zlewu swoją miseczkę (ledwo z nią idzie, na progu to nie wie czy trzymc siebie czy miskę, ale idzie uparcie do celu) albo pokazuje że ja mam odnieśc, bepanthen musi byc zakręcony, butelka z piciem zatkana, dziubek w płynie do naczyń zatrzaśnięty. Nie wiem po kim to ma, bo na pewno nie po nas. No i najfajniesze jest to że już o wszystko się mogę Kuby zapytac, bo świetnie zna różnicę między nie a tak. Podsumowując, wydaje mi się że dzieci widzą kiedy traktujemy je na powaznie, kiedy jesteśmy szczerzy i akceptujemy ich zdanie, zarówno zgodę na coś jak i odmowę, kiedy ich opinia jest dla nas ważna. Nie ma różnicy między dzieckiem a dorosłym, gdy rozmawiamy z kimś kto słucha nas jednym uchem a tak na prawdę guzik go to interesuje to w końcu przestajemy z tym kimś rozmawiac. Bo jaki w tym sens?
poniedziałek, 4 kwietnia 2016
Tyle w temacie!
Nie no nie mogę, wchodzę na facebooka i wszędzie aborcja, manifestacje o wyklętych macicach i wolności wyboru. Widzę i serce mi się kraje. Widzę i łzy same się cisną. Nie rozumiem, może głupia jestem ale nie rozumiem, jak w ogóle można o tym dyskutowac?! Jak można się kłócić o to czy można zabijac dzieci czy nie?! Te wszystkie argumenty są tak oderwane od rzeczywistości, tak bezsensowne, tyle krzyku a gdzieś tam leje się krew. Czy to czyjaś wina że kobieta zachodzi w ciążę? Czy to wina tego dziecka? Tak już jest po prostu. Tak jak mamy gwiazdy i słońce na niebie tak samo kobiety zachodzą w ciążę. I może się to nie podobac ale tak samo jak gwiazdy od tego nie pospadają i słońce nie zgaśnie tak samo kobiety dalej będą zachodzic w ciąże bo mają kuźwa macicę, jajniki i wszystko inne do tego potrzebne! I to nie jest wina polityków, kościoła ani nikogo innego. TAK JUŻ JEST! I to prawda że każdy człowiek jest wolny, ale ogranicza go wolnośc drugiego człowieka a kiedy człowiek staje się człowiekiem nauka sprecyzowała już dawno. Kobieta wcale nie musi chciec byc matką, ale jeśli tego nie chce, jeśli się boi to niech się wykastruje i wtedy będzie w pełni odpowiadac za swoje ciało. TYLKO ZA SWOJE. Zabicie takiej niewinnej istoty jest jeszcze gorsze niż zabicie dorosłego. Bo dorosły może się bronic, może uciekac, może miec broń, może iśc na policję co najważniejsze ma bliskich, często ma matkę która bez wahania oddałaby życie za swoje dziecko. A to maleństwo skazane na śmierc nie ma nikogo. Gdy patrzę na Kubę jak wyciąga do mnie rączkę gdy nie może przejśc przez próg, gdy wtula się we mnie gdy się boi, gdy zasypia wtulony we mnie to płakac mi się chce nad tymi wszystkimi dziecmi które są zostawione same sobie tylko dlatego że jakaś kobieta nie potrafi wziąśc odpowiedzialności za swoje czyny. Nikt nie jest idealny, każdy ma prawo do słabości, do strachu, dlatego to właśnie państwo powinno stworzyc prawo pomagające w takich sytuacjach, zamiast isc po najmniejszej linii oporu i po prostu zabijac dzieci może warto otoczyc opieką takie matki? To jest do ogarnięcia, wystarczyłoby chciec. Ale nikt nie chce. Dużo łatwiej wyjśc na ulicę z jakimś durnym transparentem, zło dużo łatwiej rozmnarzac niż dobro a jeszcze ktoś sobie na tym ładną kaskę zarobi. Ale już niedługo, kilka, kilkanaście lat i miarka się przebierze bo tego zła na świecie jest za dużo a ci wszyscy zwolennicy wolności obudzą się z ręką w nocniku. Teraz mogę się tylko modlic. Są ludzie którzy chcą pomóc. Jest taka fajna organizacja "Bractwo małych stópek" To jest prawdziwa pomoc, w tę stronę trzeba iśc. Oni pomagają tym kobietom które myślą o aborcji. Organizują całą wyprawkę dla dziecka, znajdują mieszkanie gdy wszyscy się odwracają, gdy ojciec dziecka chce tylko "pozbycia się problemu" otaczają opieką. Są domy samotnych matek, okna życia, są ludzie którzy nie mogę miec dzieci i otoczą miłością takie niechciane dziecko. Jest tyle opcji. Nad tym powinno się dyskutowac, jak jeszcze bardziej pomóc tym kobietom i dzieciom a nie nad tym czy można zabijac. NIE MOŻNA NIKOKO I NIGDY KONIEC KROPKA.
wtorek, 29 marca 2016
Gorsze powietrze?
Cofam wszystko złe co powiedziałam na tutejszą służbę zdrowia. Przynajmniej na razie, bo w wielu kwestiach wolę jednak Polskę ale ostatnio jestem gotowa pisac pieśni pochwalne o szwedzkim podejściu do leczenia. Zaczęło się znowu od zębów, przynajmniej tak myślałam, wysoka gorączka, potem katar i kaszel, wszystko tak samo jak ostatnio więc myślę sobie: przeczekamy. Umordowało mnie moje dziecie przy tym strasznie bo tylko ja byłam lekarstwem na całe zło tego świata no i oczywiście cyc. Krzysiek nawet jak chciał mi pomóc to nie dał rady bo tylko u mnie Kuba nie płakał. Trzy dni i po gorączce, za to pojawiła się wysypka. Znając tutejsze podejście najpierw przeszukałam internety i trochę się uspokoiłam. Traf chciał że gorączka przypadła na weekend kiedy ośrodek był nieczynny a wysypka przypadła na dzień kiedy Krzysiek musiał byc w pracy w kij daleko od domu. Jak już w końcu mogliśmy pójśc do ośrodka to już ani gorączki ani wysypki praktycznie nie było. Na szczęście było widac że coś ze skórą się działo, no i kaszel cały czas się odrywał a oderwac się nie mógł. W ogóle nie chciałam iśc do tego ośrodka nauczona poprzednim doświadczeniem. Myślałam że popatrzą, powiedzą że dziecko wygląda żwawo i żeby przyjśc jak przestanie byc żwawe. I tu przeżyłam szok. Pani pielęgniarka na moje życzenie osłuchała płuca, sprawdziła dotlenienie (chyba tak to się nazywa) i... wysłała na badanie krwi. Myślę sobie: O masakra! To już cała gmina będzie słyszec nasze dziecko a traumę to będziemy leczyc przez miesiąc. Jakże miłe było moje zaskoczenie jak pani w laboratorium ukłuła Kubę w palec i wyciskała mu po kropelce krew do takiej pipetki. Kuba zapatrzony jak w tęcze nawet nie jęknął. Wynik za dwie minuty i już wiemy czy bakteria czy wirus i czy potrzebny antybiotyk. Oczywiscie wirus więc odesłali nas do domu. Jaka różnica między tym jak leczy się dzieci w Polsce. W tym samym czasie napisała do mnie koleżanka że jej córce przepisali antybiotyk bo ma początki zapalenia gardła. Antybiotyk nie pomógł, dostała drugi. Tak się zastanawiam czy naprawde polskie dzieci są aż tak chorowite i słabsze niż szwedzkie czy to polscy lekarze im to zdrowie podkopują? Jak to możliwe że szwedzkie dzieci mogą obejśc się bez antybiotyków, syropków na kaszel, syropków na odpornośc, żelek witaminek i innych cudownych medykamentów a w polskie dzieci przy byle smarknięciu pakuje się całą apteczną chemię. Powietrze mamy gorsze czy co? Dłużej bym się nad tym pozastanawiałaale właśnie Kuba wstał.
sobota, 12 marca 2016
Druga ciąża:)
Oh jakie cudne to były czasy gdy będąc w pierwszej ciąży jedyne co musiałam robic to dbac o siebie :D I tak leżałam niczym primadonna bo mi było niedobrze, bo sił brakło, bo się nie chciało więc pierwszy trymestr ciąży praktycznie przeleżałam ze słowami piosenki na ustach "Nie mogę leżec i nie mogę wstac..."No ale kto mi zabronił? Mamusia kanapeczki rano pod nos podstawiła, obiad zrobiła. Sielanka. A ja taka nieszczęśliwa bo mnie mdli. A teraz? Nie ma że boli, nie ma że się nie chce. Starsze dziecie nie toleruje chwili zwłoki, argument że mamusi niedobrze w ogóle do niego nie trafia. Wręcz przeciwnie mam wrażenie że moje Kubusiątko chce mi dobitnie pokazac że konkurencja w brzuchu mu się nie podoba. Trochę żartuję. Ale fakt faktem że ostatni czas jest dośc masakryczny. Krzysiek przez dwa tygodnie pracował jeszcze dla starej firmy, nagle po trzech miesiącach urlopu, gdzie nad Kubą cały czas ktoś wisiał i go zabawiał zostałam tylko ja, gdzie oprócz dziecia miałam do ogarnięcia milion innych spraw (spokojnie ani jednej nie ogarnęłam) Poza tym Kubie zaczęły wychodzic zęby. Dwie dolne czwórki się wyżynają a chyba dwie lub trzy trójki są następne w kolejce więc pewnie dają już o sobie znac. Więc humory dopisują. Kolejna sprawa: Kuba dostał awersji do kuchni. W kuchni nie mogę zrobic absolutnie nic a już na pewno nie mogę zmywac. Pierwszy raz Krzysiek wraca z pracy a obiad jest nawet nie zaczęty. Dobrze że moja mama zaopatrzyła nas w pierogi i bigos. O sprzątaniu nie wspomnę. Melina. Tak od tygodnia mieszkamy w melinie. Ale sprzątac nikomu się nie chce bo liczymy na rychłą przeprowadzkę. W poniedziałek jedziemy oglądac trzy domy. Teraz będę panią na włościach. Nie mogę ogarnąc dwupokojowego mieszkania a co mówic czteropokojowy dom ale co tam, lato coraz bliżej, jak w domu nie da się już kroku zrobic to wyjdziemy na podwórek. Smiechem żartem ale potrzebny jest taki czas. Człowiekowi się wydaje że więcej nie da rady a się okazuje że jeszcze może i może. Lubię to uczucie gdy widzę że jestem silniejsza niż mi się wydawało, niż byłam wcześniej, gdy uczę się nowych rzeczy. Zobaczymy co będzie dalej:)
środa, 24 lutego 2016
Odliczanie rozpoczęte
Przedstawiam wam Pestkę. Pestka od niedawna mieszka pod moim sercem i gdzies pewnie w październiku wykluje się na drugą stronę. Na razie tyle. Kuba przy cycu, trudno coś wiecej napisać. Przepraszam ze was nie odwiedzam, brak czasu.
niedziela, 31 stycznia 2016
Stadko :)
Korzystając z urlopu męża i z większej ilości wolnego czasu, bo nagle i obiad ktoś ugotuje i zajmie się Kubą na jakiś czas zamówiłam sobie kilka książek do poczytania. Obecnie czytam dwie. "Księga rodzicielstwa bliskości" i "Politykę karmienia piersią" Pierwszą mogę polecic tym którzy dopiero szukają swojej drogi w macierzyństwie. W moim przypadku ciekawe były tylko pierwsze strony opisujące zalety RB gdy co chwila śmiałam się, cytowałam mężowi i dodawałam, "Ty patrz, Kuba właśnie taki jest"Tak po prawdzie to nie wiem czy akurat dzięki temu jak Kubę wychowujemy, czy po prostu taki ma charakter. Tą notkę dokończę więc gdy wytestuje to przy kolejnych naszych dzieciach. Ogólnie nie lubię szufladkowania w style wychowawcze, bo jak pewnie sami wiecie wokół samej nazwy często narasta cała masa pomówień, dziwnych interpretacji itd. "Filary", "narzędzia", "wychowywanie w duchu"... jakoś tak mnie to razi, chociaż Searsowie zrobili duuużo dobrego pisząc tą książkę. Może ktoś czytając ją zastanowi się głębiej. I nie chodzi jak dla mnie o stosowanie tego co tam piszą ale o jeden malutki, drobniutki szczególik: Dziecko to człowiek który ma takie same potrzeby jak i my. Dziecko nie jest do tresowania. My nie mamy go wciskac w nasze ramy ani ono nas w swoje. My jako rodzina mamy stworzyc jeden piękny obraz. Wystarczy to zrozumiec i wszystko staje się dużo prostsze. Jak to mówią: "Kochaj i rób co chcesz". Jestem zafascynowana tym jak działa takie troskliwe i pełne zrozumienia podejście do dziecka. Szczególnie że ja to trochę taki św. Paweł. Najpierw sama prześladowałam i szerzyłam herezje a potem mnie olśniło i przeżyłam głębokie nawrócenie. Ja sama doradzałam by dziecko się wypłakało. Sama mówiłam że noszenie rozpieszcza, sama siałam w sercach rodziców tego chwasta "psucia dziecka" I głęboko teraz tego żałuję. Bo dopiero teraz zrozumiałam o co w tym wszystkim chodzi. Gdy miłośc do dziecka zalała mnie niczym tsunami. I okazało się że miłością dziecka nie zepsułam, że wcale nie muszę wprowadzac żelaznej dyscypliny żeby jakoś ujarzmic tego małego potworka który, gdy mu się pozwoli to wejdzie mi na głowę i zostanie tam do osiemnastki albo i dłużej. O nie, wręcz przeciwnie. Grunt to zmienic myślenie. Bo my to stado. Lubię to określenie. Nie ma mnie, Krzyśka i "dziecka" jesteśmy stadkiem, kochającym się, wspierającym i rozumiejącym siebie nawzajem. Czy gdyby Krzysiek miał wypadek i był sparaliżowany, to czy zrobiłabym mu grafik na pory karmienia? Czy nie reagowałabym od razu na jego potrzeby? Czy może przyszłabym i powiedziała: "nie interesuje mnie że masz zły dzień, musisz sam sobie z tym poradzic bo inaczej cię przyzwyczaję i nie dam sobie potem rady" chyba nikt nie zachowywałby się tak w stosunku do osoby którą kocha. A oczekujemy tego od dziecka które dodatkowo nie rozumie co się dzieje. I to jest jedyna rzecz której nie mogę zdzierżyć. Gdy słyszę płaczące dziecko zamknięte w pokoiku i to moje ciało jest całe gotowe by skoczyc na ratunek a prawdziwa matka jest na to nieczuła. I tylko tego jednego nie jestem w stanie zaakceptowac i to już się nie zmieni. Wszystko inne to mniejsze czy większe niuanse ale nie to. Czy nie lepiej zbudowac z dzieckiem więź? Kiedyś dziecko i osoba po alkoholu była dla mnie niczym podgatunek, ktoś kto jest za głupi żeby wchodzic w nim w jakąkolwiek reakcję. Pijak bo i tak nie jest świadom tego co się do niego mówi a dziecko bo i tak jest za małe żeby zrozumiał. Mój wielki grzech.Kuba pokazał mi w jak wielkim błędzie byłam. Dzieci rozumieją więcej niż nam się wydaje. Tylko trzeba wejśc z nimi w relację, nawiązac kontakt, wytłumaczyc. Traktowac z jeszcze większą wrażliwością. Kiedyś myślałam że dziecku można wyrwac coś z rączki jeśli uważamy że nie powienien tego miec. Otóż eureka, wystarczy poprosic a jeśli spotkamy się z odmową, wystarczy przedstawic odpowiednie argumenty. Tak jak z dorosłym. Czy jeśli Krzysiek nie chce mi oddac telefonu to wyrywam mu go z ręki? Nie. Kuba rozumie, Kuba oddaje mi rzeczy gdy go o to poproszę, zazwyczaj robi wszystko o co się go poprosi a jeśli nie robi to ma do tego prawo jak każdy człowiek a my jako dorośli mamy całą gamę narzędzi by jednak młody osobnik sam z własnej woli zmienił zdanie. To dużo prostsze niż się wydaje i zbudowane na miłości a nie na strachu. Kocham moje stadko!!
wtorek, 12 stycznia 2016
Rodzina to siła
Miałam nie pisac, ale chyba mi przeszło:) Dużo przemyśleń zebrało mi się przez ten czas. Kupa gości, kupa odwiedzin, kupa podróży. Kuba znosi wszystko bardzo dzielnie. Tydzień mieszkamy sobie u moich rodziców a tydzień u Krzyśka i tak sobie jeździmy. Bardzo cieszę się, że Kuba ma taki dobry kontakt z dziadkami, dla mnie to bardzo ważne. W ogóle dużo myślałam o tym ostatnio, o rodzinach wielopokoleniowych, o tradycji, o zasadach, o rodzeństwie. To trochę jak w kościele. Kiedyś przeczytałam coś gdzieś kiedyś, moze w kilku miejscach, może w jednym, chyba większośc u Emilki (przepraszam jeśli coś przekręciłam) ale ogólnie chodzi o to że czasem coś nam się nie podoba, nie chcemy czegoś robic bo coś jest przestarzałe, bo tego nie rozumiemy, bo uważamy za niepotrzebne, bo wolimy po swojemu... a to wszystko ma jednak sens, ukryty ale ma. Może uczy nas pokory? Może pomaga zwalczyc pychę? To jest właśnie mój problem. Straszny ze mnie patałach, wszystko sobie odpuszczam, bo to taki szczególik, bo to nie ważne, nieistotne. Imieniny? Głupota, co niby dają jakieś tam życzenia? Przecież i tak się nie spełniają. Urodziny jeszcze jeszcze, ale i tak ciężko zapamiętac daty. Rocznice? Fajna sprawa ale albo nie ma kiedy czegoś przygotowac, albo nie ma jak, albo jakoś tak zeszło i przeszło i moje słynne "oj tam..." Części mojej rodziny w ogóle nie znam, na własnym weselu nie wiedziałam czy to moi goście czy Krzyśka. Przyszli jacyś ludzie ale kto to? Pojęcia nie miałam. Tak się właśnie kończy takie odpuszczanie sobie w małych kwestiach. Odpuszczę sobie w małym, odpuszczę i w dużym. U Krzyśka ta rodzina to jak włoska mafia. Raz dobrze, raz źle ale jak potrzeba to murem za sobą stoją. I nie ma że daleko, kontakt jest zawsze. Moja teściowa to pamięta daty urodzin, imienin, rocznic ślubu, śmierci chyba wszystkich możliwych krewnych i zawsze dzwoni z życzeniami lub chociaż wysyła smsa. Krzysiek też tak miał dopóki nie zaraziłam go moim "oj tam" Do czego zmierzam? A do tego że Kuba wchłonie to jak gąbka. A ja nie chcę żeby wyrósł z niego taki patałach. Rodzina to siła. Wielka siła. Przecież od zawsze ludzie trzymali się w kupie i było im dobrze. To uczyło dzieci szacunku, wspomnianej już pokory, dawało korzenie, poczucie bezpieczeństwa. A teraz? Już nie mówię o dalszej rodzinie ale ile jest sytuacji że dziecko nie ma kontaktu z dziadkami bo synowa obraziła się o jakąś duperelę i żeby pokazac kto rządzi i kto silniejszy to wnuka dziadkom na oczy nie pokaże. Cóż, prawdziwy to pokaz siły. Ja wiem, że to wszystko to trudne sytuacje. Sami wiecie jak często narzekam na swoją teściową. Czasem naprawdę trudno o porozumienie i łatwiej powiedziec "jak tak to ja ma to gdzieś, pojadę sobie i się nie będę odzywac, jak moje dziecko ma miec taką babcię/dziadka to lepiej żeby w ogóle nie miało" Czasem nawet ja miałam takie myśli. Ale chyba nie tędy droga. Bo jaki przekaz dajemy wtedy dziecku? Czego je uczymy? Że w taki sposób rozwiązuje się konflikty? Że tak można traktowac własną matkę/ojca lub jedną z najbliższych osób naszego małżonka? Aby patrzec jak potem nasze własne dziecko znajdzie sobie powód aby przestac się do nas odzywac. Mówię to na własnym przykładzie. Taki jaki moi rodzice mieli stosunek do kontaktów rodzinnych taki i ja mam. Chciałabym aby Kuba szanował swoich dziadków, chciałabym mu przekazac właśnie to co przekazała mama Krzyśkowi, że rodzina to rodzina, że zasady to zasady, tradycja to tradycja a nie jakieś tam "oj tam oj tam" Bo to jest ważne, to jest ubogacające i kształtuje silnego, dobrego człowieka opartego na dobrych mocnych fundamentach. Takie dziecko patrzy i obserwuje, dziecko które rozwija się w dużej rodzinie widzi jak rozwiązuje się konflikty międzypokoleniowe. Nie powie do babci "Tyś stara i o niczym nie masz pojęcia" Będzie umiało czerpac z mądrości starszych osób, będzie wiedziało że ludzie są różni, że czasem jest ciężko ale warto dążyc do porozumienia. To rodzina jest pierwszym miejscem gdzie dziecko tego się uczy. Ani szkoła, ani miasto, ani nic innego tego nie zrobi. Ja mam duże braki w tym miejscu. A za moje braki odpowie niestety Kuba. Próbuję i staram się naprawiac to co się da. Wysłałam kartki na święta:) Staram się o dobry kontakt ze wszystkimi. Nie mogę się napatrzec jak Kuba świetnie bawi się z moimi rodzicami. Jakie to dla nich ważne, Nic tego nie zastąpi. I warto dla tego było pokonac trudy podróży i znosic tą tułaczkę z kąta w kąt. Widzę ile Kuba z tego wynosi, jak bardzo jest otwarty. Ale o tym też w innej notce.
Subskrybuj:
Posty (Atom)