No i pojechał. Została mi po nim szklanka niedopitej coli obok łóżka. Nie chcę jej z stamtąd zabierać, jeszcze wszystko wygląda tak jakby za chwilę miał wejść do pokoju. Ale nie wejdzie, bo musi zarabiać. A ja znowu jestem sama. Za każdym razem taka rozłąka boli bardziej. Przez dwa miesiące On był lekarstwem na całe zło, cały czas przy mnie, tak szybko zleciało, jak jeden dzień. A teraz czuję się taka sama, bezbronna, opuszczona... teraz gdy odkryliśmy siebie na nowo.
Jakie były te dwa miesiące? Przez napięty grafik mało czasu poświęcałam blogowaniu. Czas był obfity w doznania emocjonalno-duchowe. Krzysiek przez kurs pogłębił swoją wiarę, ja nie wiedząc jak i gdzie ją zgubiłam. Na razie mogę powiedzieć tylko tyle że jedyne w co wierzę to to, że Pan Bóg dopuszcza mój upadek by wyprowadzić z niego jakieś wielkie dobro. Działo się dużo w moim serduchu, nie wiem czy to dlatego że jestem typową babą czy przyczyny są inne. Nie ogarniam po prostu tego wszystkiego, czasem czuję się taka zagubiona. Czekam na ślub z utęsknieniem ale i z lękiem, jak gdybym miała wtedy przekroczyć niewidzialny próg za którym część moich problemów zniknie, w głowie kłębi się jednak pytanie czy stoję przed odpowiednimi drzwiami. Zewsząd jestem zasypywania złotymi radami, receptami na bycie szczęśliwą, byłam szczęśliwa dopóki nie zaczęłam ich słuchać. Teraz będąc sama znów skupię się na rozwiązywaniu zawikłań mojego serca. Na walce o nasz związek, zabiję każdą wątpliwość jaka się narodzi w mojej głowie i zrobię sobie szczęście własnymi rękoma. Ten czas, gdy sama muszę sobie radzić, gdy nie mogę sobie pozwolić na poczucie bezpieczeństwa, na myśl że "razem damy radę" postaram się wykorzystać na walkę z moimi wadami, niedojrzałościami, problemami bym była bardziej gotowa do małżeństwa, bym po tym magicznym dniu była dobrą żoną i matką. I koniec i kropka.
piątek, 8 lutego 2013
sobota, 12 stycznia 2013
Trudno
Wysłałam narzeczonego na kurs. I od wczoraj czuję się koszmarnie. Nie wiem dlaczego, wydaje mi się że mogę to porównać do takiego bólu jaki czuje mama gdy jej dziecku robią zastrzyki. Wiem, że porównanie głupie trochę, ale właśnie o to chodzi. Wiem, że teraz mu się nie podoba, wiem, że pewnie się tam męczy ale wiem też że to dla jego mojego i naszego włącznie dobra. I tak miałam się cały weekend uczyć a nie mogę przestać o nim myśleć, tęsknie trzy razy bardziej niż normalnie, jakby co najmniej na wojnę pojechał. Może faktycznie pojechał ale na wojnę duchową:/ Boję się tego Bożego planu, bo wiem że jakiś ma, wiem, że jest dobry a jednak... ale muszę wierzyć na przekór temu wszystkiemu, bo co to za wiara gdy jest wybiórcza, gdy bierzemy z niej tylko to co nam pasuje.
niedziela, 6 stycznia 2013
Ta ostatnia niedziela...
Święta, święta i po świętach:( Jak minęły? O dziwo dobrze, plany przedświąteczne zrealizowane w jakiś 80%. Świętowaliśmy z narzeczonym dużo, to u mnie to u niego w domu. Był problem z chrzcinami bo niestety po raz czwarty przekonałam się o wybitnej wredności pewnej osoby. Ale szkoda o tym tutaj pisać. Mam już chrześniaka więc jest dobrze:) Sylwester też się trochę nie udał bo się rozchorowałam i calutki Nowy Rok przeleżałam w łóżku. Rzadko zostawiam u was komentarze bo jakoś nie mam weny, muszę się uporządkować trochę bo jest kiepsko z tym. Dzisiaj cały dzień otrzymuję maile, smsy, wiadomości o tym co mam zrobić w tym tygodniu, tu jakieś tłumaczenie, tam już wysłane zadania, tam coś tam innego, normalnie chyba wyłącze zaraz komputer i będę udawać że śpię i nie mam o niczym pojęcia. Wiedzą jak zdołować człowieka. A było tak pięknie. Tyle czasu totalnej beztroski. Ale cóż, takie życie. W tym tygodniu zamierzam znowu poddusić robala spowiedzią i przybliżeniem się trochę do Pana Boga. Bo ta wredota boi się światła i radości. A tak zmieniając temat to życzę wam wszystkim WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO W NOWYM ROKU!!!
poniedziałek, 17 grudnia 2012
Robal
Troszeczkę mnie tutaj znowu nie było, ale jakoś nie po drodze mi było do blogowego światu. Narzeczony wrócił z zagranicy a zajęcia na uczelni wcale się przez to nie skończyły co bardzo utrudniało moją egzystencję. Do tego niby święta tuż tuż a mi coś siedzi na sercu. Takie dziwne uczucie jak to, które czasem się pojawia jak mamy przed sobą coś trudnego do zrobienia i to tak ciąży strasznie. Nie wiem co się dzieje. Nachodzą mnie jakieś dziwne wątpliwości, brak nadziei, jak gdyby coś było mocno nie tak. Bardzo mi z tym źle. Chcę się cieszyć świętami, tym że mam w końcu przy sobie drugą połówkę a "coś" cały czas mi w tym przeszkadza. Mniej więcej wiem w jakiej dziedzinie "to" siedzi i to też mnie martwi. Chciałabym się pozbyć tego robala jak najszybciej bo nie zamierzam się z nim dzielić moim dobrym humorem. Liczę na to, że spowiedź adwentowa i komunia go przepędzi. Gdybym potrafiła ocenić czy to zakusy złego czy może Pan Bóg mnie trąca bo chce mi coś pokazać. Problem w tym, że bojąc się konkretnej odpowiedzi boję się słuchać. A robal rośnie... Na szczęście przeczytałam ostatnio bardzo mądre zdanie: "Nie mów Panu Bogu że masz wielki problem, ale powiedz problemowi że masz Wielkiego Boga" No i mam nadzieje, że Pan Bóg działa tylko żeby mnie nie stresować pokaże mi dopiero rezultaty:)
czwartek, 29 listopada 2012
Co ciekawego?
Co ciekawego? Brak czasu. Nie wiem jakim cudem, czyżby zła organizacja? Nie śpię, nie uczę, nie robię nic a nie mam czasu. A tyle do zrobienia... Praca licencjacka na przykład. Mam już temat, chociaż tyle. "Obraz Boga w języku portugalskim" Czy jakoś tak. Ciekawy niby ale boję się że nie sprostam. W dodatku 30 stron w języku obcym? Przerażające. Co do prawka to nie zdałam, oblał mnie na parkowaniu, w sumie zasłużenie bo nie umiem parkować. Jednak cały egzamin pierwszy raz nie był przerażający. Do momentu tego nieszczęsnego parkowania szło mi wręcz rewelacyjnie. Nawet zostałam pochwalona że całkiem dobrze mi szło. Pierwszy raz na karcie miałam prawie wszystko zaznaczone na pozytywnie co nigdy się do tej pory nie zdarzyło bo zawsze czas mojej jazdy nie przekraczał 5 minut:D Rezultat jest taki że tym razem nie ryczałam przez dwa dni powtarzając sobie że nigdy więcej. Już jestem zapisana na egzamin teoretyczny w poniedziałek. Nie stresuje się też już tak bardzo. Dostrzegam w tym dużą interwencję Bożą:) Bo modliłam się właśnie o to, że jeśli to nie jest jeszcze ten czas na zdanie to ok, tylko żeby to nie było takie okropnie stresujące i dołujące bo właśnie tego się bałam najbardziej. I co? I pierwszy raz po egzaminie mam całkiem normalne uczucia, żadnej depresji lub czegoś w tym stylu, nawet chcę pójść na kolejny. Te uczucia są mi całkowicie obce ale przyjemne:) I super. Cały czas Pan Bóg mnie zaskakuje, pokazuje że jest przy mnie i troszczy się o każdy mój krok. I jest dobrze nawet wtedy gdy jest źle. Dużo mądrych słów usłyszałam ostatnio, ale może o tym już w następnej notce. Pozdrawiam
środa, 21 listopada 2012
Optymizm w pesymiźmie
Znowu zaczął się trudny czas, ale tym razem biorę to na moją nędzną klatę. W piątek o 7.00 rano mam egzamin na prawko, patrząc na moje wczorajsze dzisiejsze i zapewne jutrzejsze jazdy jestem święcie przekonana że tym razem też nic z tego nie będzie. Przynajmniej się tak nie boję gdy sobie powtarzam, że po 5 minutach będzie po wszystkim, a może na placu od razu obleję więc pójdzie jeszcze szybciej i będzie z głowy. Jakoś tak do tego intensywnie się w koło mnie zrobiło. Dużo zajęć, dużo stresu, mało snu (jak dla mnie, bo uwielbiam spać) trochę zmartwień, nawet wyspowiadać się nie mam kiedy, byłam przed chwilą to okazało się że msza była pół godziny wcześniej niż planowana więc załapałam się tylko na końcówkę. Ale trudny czas w życiu też jest potrzebny i teraz staram się to doceniać, wszystko ma sens i wszystko do czegoś prowadzi i chociaż tak jakoś ciężko na sercu i nie wiadomo czasem dlaczego chciałoby się rozpłakać to trzeba to jakoś przeżyć. Więc staram się wlać trochę optymizmu w ten szary pustynny obszar mojego serca i może uda mi się nim podzielić z tymi, którzy też potrzebują. Pozdrawiam:)
czwartek, 15 listopada 2012
Walka z lękiem
Wierzę, że będzie dobrze, że Pan Bóg jakoś mi poogarnia to życie, w końcu dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych, nie zrobi też niczego co byłoby złe, dlaczego więc się bać? Bo jak się wczoraj dowiedziałam lęk to sprawka złego, próbuje on nam wmówić że jesteśmy do niczego, że wszystko się posypie, zastanawiać się całymi dniami jak to będzie, co tu zrobić, w międzyczasie zabiera nadzieje, radość, wszystko. Na szczęście wczoraj na mszy Pan Bóg ustawił mnie do pionu. Bo jak można się bać mając za plecami Najpotężniejszego? Trudno jest wprawdzie odegnać złe myśli, zaufać tak na 100% ale trzeba próbować. Z drugiej strony to cudowne jak Pan Bóg się cały czas o nas troszczy. Mam pytanie, dostaję odpowiedź, mam problem, zostaje on rozwiązany, nie mogę modlić się przez jakieś fizyczne niedomagania, na czas mszy zostają zabrane, aż czasem trudno mi uwierzyć aż w tak bliską i konkretną obecność Boga w moim życiu. Smutno mi jak widzę ludzi którzy nie wierzą, chciałabym wszystkim powiedzieć aby uwierzyli, żeby chociaż spróbowali, chciałabym aby poczuli to co ja, ale to tak nie działa, nie można nikogo zmusić. Każdy musi sam podjąć decyzję. Wystarczy tylko jedno zaproszenie, Pan Bóg nie przyjdzie na siłę, ale gdy Go zaprosimy to On już będzie wiedział co zrobić:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)