czwartek, 11 sierpnia 2016

O pobycie w Polsce sów kilka

Długo mnie nie było, ale urlopowałam się w Polsce. Chociaż słowo urlop to chyba zbyt wielkie wyolbrzymienie. Szczerze to ja już sobie nie wyobrażam życia tam. Wręcz czuję się mocno zmęczona. Ok, fajnie było spotkac się z rodzinką, zrobic zakupy na polskim targu gdzie dostanę wszystko za normalną cenę, no i Kuba z dziadkami się wyszalał, ale plusów tyle. Za dużo różnic jak dla mnie. Kiedyś żyłam tylko wizją powrotu do Polski, teraz dobrze mi tutaj. I dla Kuby lepiej tutaj. Szczerze? Wychowywanie dziecka w Polsce jest dla mnie przerażające. Może tylko w okolicach gdzie mieszkam, mam taką nadzieję ale jakby nie było dwa tygodnie to maksimum a i tak mam poczucie że przez ten czas robię milowe kroki w tył. Kuba nie je słodyczy Dlaczego tutaj w Szwecji nikogo to nie dziwi? Ostatnio sąsiedzi zaprosili nas na gofry, specjalnie zrobili bitą śmietanę i truskawki bez cukru dla Kuby. Kuba bawi się z dziecmi i nie muszę się bac że dzieciaki przywleką ze sobą całą masę śmieciowego żarcia i będą to mamlać na okrągło a Kuba jak to dziecko też będzie chciał próbowac. Nawet nie wiecie jaki psychiczny spokój tutaj mam. Wiem co mam w domu, wiem jak zaplanowac menu z korzyścią dla wszystkich, Jeśli mamy w domu jakieś świństewka (kto ich nie ma?) To wiem gdzie i wiem jak je zjeśc żeby Kuba nie widział. A w Polsce, jeśli chodzi o zdrowe odżywianie to istna masakra. U jednych dziadków wprawdzie akceptują i próbują sprostac naszym żywieniowym wymaganiom co niestety i tak graniczy z cudem a my jako goście nie wybrzydzamy a u drugich dziadków również się starają ale musimy wysłuchac przy tym jak my to krzywdzimy dziecko bo przecież cukier jest potrzebny do budowy kości, poza tym krzepi i daje energię, no i jak tu dziecku zabronic, Kuba to taki biedny jest bo nie pozna smaku słodkiego ( jeśli ktoś jadł banany i daktyle to wie że jednak Kuba doskonale zna słodki smak, ale że daktyle i banany to nie ciastka napakowane chemią więc się nie liczą) Wiem, że piszę chaotycznie ale na wspomnienie to mnie jeszcze krew zalewa. Bo biegają te dzieci bez przerwy z ciastkami, na śniadanie kakao (nie, nie prawdziwe...) potem paróweczka, potem kanapeczka na białej bule z pasztetem, i obiad wciśnięty na siłę, pod groźbami, prośbami, krzykami, jeszcze tylko sondy do żołądka brak. Jakieś warzywo? A gdzież, kasza? a co to takiego? Do picia soczek z kartonu i dopchac się lodami. Potem wyjście na dwór i słyszę tylko: Nie biegaj, bo się spocisz, nie dotykaj, nie ruszaj, nie wychodź bo kropi, już masz buty mokre, nie dotykaj tego psa! W sumie to usiądź na krześle i się nie ruszaj. Tak, ale to normalne a Kuba to dziwadło i tylko słyszę: "Nauczyłaś go jeśc jogurt naturalny? Nawet ja samego nie dam rady zjeśc, muszę dosłodzic" "Nie chciałabym byc na takiej diecie jak Kuba, kasza jaglana jest okropna, jogurt jeszcze gorszy, zero słodyczy..." a zaraz potem: "O jak dobrze jak dziecko chce jeśc..." Tak. Chce ale robię wszystko żeby tak było.I niezbity argument "A Ty jadłaś słodycze?" To ma wzbudzic we mnie poczucie winy czy jak? Jadłam, i co z tego wynika? A to że sama jestem uzależniona od cukru. Nie ukrywajmy, cukier uzależnia jak cholera, niezdrowe jedzenie tak samo. Czy na prawdę tak to trudno zauważyc? Specjalnie dla Kuby staram się zmienic moje nawyki żywieniowe i jest mi strasznie trudno, chcę żeby Kuba najpierw poznał normalne smaki, smaki natury a nie chemii. Czy to takie dziwne? Ja nie wiem, w Polsce to wszystko na głowie stoi. Przykłada się wagę do rzeczy tak mało istotnych jak zjedzenie 10 łyżek zamiast 5 obiadu, brak czapeczki w lekko wietrzny dzień, tudzież uniknięcie kontaktu z czymś tak straszliwym jak przyroda. Ale już truc dzieci od środka to wręcz obowiązek społeczny, wyłamujesz się to nie masz życia a każdy tylko czeka jak tu po kryjomu wcisnąc twojemu dziecku batonika. Jeśli się to już uda to dana osoba może czuc się niczym bohater ratujący biedne nieszczęśliwe dziecko z niedocukrzenia. O zgrozo! Nikomu się nie chce poświęcic chwili uwagi na przeczytanie etykiety jakiegoś produktu ale już tracic godzinę lub więcej na bieganie za dzieckiem i wciskanie mu ostatniej łyżeczki ziemniaków to już co innego. W ogóle, swoją drogą to taki terror żywieniowy jest straszny, nie mogłam na to patrzec jak dziecko już dziesiąty raz mówi że nie chce a nikogo to nie obchodzi, ma zjeśc i koniec. W Polsce, mam wrażenie, że w ogóle nie wierzy się w kompetencje dziecka, tak jakby to było "coś" co dopiero trzeba stworzyc. W Szwecji jest całkiem inaczej i to jest dla mnie wybawieniem. Po dwóch tygodniach w Polsce miałam ochotę wyprac sobie mózg. Kuba to się tylko patrzył jak na wariatów. Ale o tym może w innej notce bo i tak się rozpisałam. Dla mnie dowodem na to że mam rację jest to że Kuba potrafi w niezbyt upalny dzień chlapac się w deszczówce na golasa, biegac w mokrych butach po deszczu, taplac się w błocku pół dnia i nie będzie miał nawet kataru a "parówkowo-słodyczowe" dzieci dostają gorączki od byle wiaterku. Ale i tak to ja będę wyrodną, złą matką wydziwiającą jakieś diety z kosmosu. Temat dla mnie jest tak świeży i nie przerobiony że poruszę go pewnie jeszcze nie raz.

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Pierwsza wizyta u położnej w Szwecji

Byłam dzisiaj u położnej:) O jak fajnie było. Trochę przeszkadzała bariera językowa ale to nic, razem z Krzyśkiem daliśmy radę. Wszędzie tak to powinno wyglądac a w Polsce jak zwykle nie wiadomo co się porobiło. Tutaj wizyta wyglądała tak, że pierwsza trwa godzinę bo przeprowadza się cały wywiad, dostaję wszystkie informacje, gdzie dzwonic w razie co, jakie choroby itd. Badania krew mocz na miejscu. Wyniki też, chyba nie wszystkie bo krwi pobrała mi chyba z 6 fiolek a wynik był chyba na cukier i na hemoglobinę ale i tak dobrze. Żadnego badania ginekologicznego, po prostu posłuchała serduszka, zmierzyła ciśnienie, obmacała brzuch i też go zmierzyła. Zaplanowała wizyty do końca ciąży plus jedna po terminie gdyby się przeciągnęło. Będę miała też test obciążenia glukozą ze względu na pierwszą cukrzycę. też u niej na miejscu. A to raptem dwa pokoiki, poczekalnia i wc. I wszystko można tam jakoś zmieścic. W poczekalni ogromny plakat o klinice dla chorych dzieci i wcześniaków, połowa z niego to opis kangurowania. Nie wszystko zrozumiałam ale chodziło o to że to ważne bo takie dzieci bardzo potrzebują ciepła miłości i bodźców a obok zdjęcia maluszków z rodzicami. Chyba dobrze trafiłam. Jeszcze tylko gdybym rozumiała więcej... ale nie będę narzekac. A i nikt mnie nie straszył następną cesarką, od razu usłyszałam że w szwecji będę próbowac urodzic naturalnie, i do takiego porodu będziemy się przygotowywac a co wyjdzie to czas pokaże. Bardzo podoba mi się takie podejście a nie to co w Polsce. Na usg, gdy dowiedziałam się że łożysko raczej nie wrasta i pewnie się odsunie to powiedziałam że super bo będę mogła próbowac naturalnie. Co usłyszałam? Pełne sceptycyzmu: "No tak ale to już będzie tylko próba bo macica jest nadwyręzona..." No i po co od razu podcinac skrzydła?? Jak się nie uda to się nie uda wystarczy że dowiem się o tym w trakcie albo i po fakcie. Oj lekarze to od chorób powinni byc a położne od ciąży i porodu tak jak tutaj, nie byłoby tylu cesarek. No bo co facet może wiedziec o porodzie? Może wiedziec teoretycznie ale nigdy tego nie poczuje, nigdy nie będzie wiedziec jak działa kobiece ciało i umysł. Kurcze w tak głupich kwestiach jak wspólne życie kobieta i mężczyzna często się nie rozumieją, dopiero potrzeba czasu i chęci a i tak często nie wychodzi a co mówic o porodzie. To trochę tak jak ja bym przeczytała książkę o pracy koparki i poszła kopac rowy. Lekarz nie wie jak kobiecie pójdzie z porodem za to wie jak zrobic cesarkę a wiadomo że faceci to lubią działac, nie lubią czekac, naturalną ich cechą jest to że jak wiedzą jak coś zrobic to to robią a poród to jedna wielka niewiadoma i to jeszcze zostawiona kobiecie. O zgrozo. Tylko jedno mnie dziwi, dlaczego kobiety ginekolodzy to wredne małpy? Może tylko w Polsce? Sprawdzę to pewnie niedługo. Na razie wiem jedno że prowadzenie ciąży tutaj jest lepsze, nie robi się z tego choroby, tak jak w innych przypadkach które opisywałam nie straszy się na zapas wszystkim co możliwe tylko działa się skutecznie wtedy kiedy coś się dzieje. Przynajmniej na razie mam takie odczucia. Zobaczymy co będzie potem. Będę relacjonowac na bieżąco. Mam nadzieję że w Polsce też się niedługo coś zmieni i położne odzyskają swoje zaszczytne miejsce w prowadzeniu ciąży.

czwartek, 23 czerwca 2016

Akceptacja?

Zacznę od tego że jest dobrze:) Kurcze macierzyństwo to chyba najcudowniejsze co mnie spotkało, w ogóle życie rodzinne, w ogóle życie samo w sobie. To jest coś co w pełni mnie fascynuje i zachwyca. A jeszcze tyle nieodkrytego przede mną, jeszcze tyle mogę zrobic, tyle się nauczyc:):) Uwielbiam obserwowac Kubę, to jak się zmienia, to jak wielki wpływ na niego ma nasze zachowanie, uwielbiam starac się jeszcze bardziej chociaż dużo rzeczy nie idzie tak jak bym chciała ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsza jak dla mnie jest akceptacja. Trzeba czuc się dobrze z tym co się robi i zostawiac sobie miejsce na niepowodzenia, na próby bo jak się nie akceptuje swojego życia gdzieś tam w środku to jest problem, problem który dotyczy i nas i niestety ludzi wokół. Ostatnio mam wrażenie że coraz więcej takich ludzi mnie otacza. A może to kwestia charakteru? Nie wiem, wiem za to jedno, nie cierpię gdy ktoś we wszystkim szuka dziury, wszystko widzi w czarnych barwach i to swoje cierpiętnictwo przelewa na każdego wokół. Powiem więcej, wierzę że tacy ludzie sami przyciągają do siebie problemy. Jak dla mnie człowiek jest stworzony do tego by byc szczęśliwym. Bóg nas do tego powołał. Nie cierpienia uszlachetniają ale to jak człowiek sobie z nimi radzi. Tak samo wierzę w to że Bóg powołał nas do działania. Dał nam pragnienia aby zmieniac świat na lepsze, nie można tylko siąśc i dziękowac za to co mamy. Tak, to jest ważne ale gdyby tylko na tym poprzestac nic byśmy nigdy nie osiągnęli. Każda zmiana jaka zaszła potrzebowała iskry, kogoś komu "coś się nie podobało". A teraz co się dzieje? Nie można nawet chciec bo zaraz pojawia się powszechne oburzenie. "Ale jak to, nie wychylaj nosa bo ci go utną""ciesz się z tego co masz" "Ja tak byłem wychowany i jakoś żyję" ("jakoś" jest tu słowem kluczem) Muszę przyznac że model wychowania i edukacji popularny od tak dawna "wytworzył" właśnie takich "Kowalskich" cały szereg grzecznych owieczek pracujących tylko i wyłącznie dla zysku tych którzy mieli odwagę wyjśc z szeregu. Dalej; jeśli ktoś pragnie czegoś innego zostaje zakrzyczany, dlaczego? Bo tych którzy krzyczą boli to że im się nie udało, ich wewnętrzne poczucie winy sprawia że starają się by innym też się nie udało, wtedy czują się lepiej. Współczuję takim osobom, ale cóż moje życie muszę przeżyc tak żeby nie żałowac. To że teraz jestem w tym a nie w innym miejscu zawdzięczam po częsci tym pragnieniom zmiany, spróbowania czegoś innego. Może podam przykład. Moja cesarka. Nie chciałam jej, zapewne nie była konieczna, zapewne mogłam zrobic więcej by mój poród przebiegł lepiej ale stało się jak się stało. Wierzę że tak musiało byc. I nie zamierzam atakowac wszystkich tych którzy mówią że cesarka jest gorsza dla dziecka tylko dlatego że ja miałam cesarkę. Mają rację. Fakty są faktami. Kolejny przykład. Szczepienia. Nie szczepię, pewnie wiecie, ale to moja decyzja i jest mi z nią dobrze. Nie wchodzę więc na strony, w artykuły, na fora promujące szczepienia a jeśli gdzieś przeczytam zdanie że rodzice nieszczepiący są zacofanymi głupkami to też mnie to nie obejdzie. Bo nikt mnie nie obraża tylko wypowiada swoje zdanie na temat nieszczepienia. Fajnie by było gdyby ludzie dostrzegali tę różnicę a nie we wszystkim widzieli atak na siebie. Czasem lepiej po prostu odpuścic jakąś znajomośc gdy widac że cały czas nadaje się na innych falach. Po co się męczyc? Chciec to móc, więc przede wszystkim trzeba chciec życ lepiej, to już połowa sukcesu!!

czwartek, 16 czerwca 2016

Ochy i achy

Każdego dnia gdy budzę się w nowym domu pytam siebie jak to możliwe że jest tak idealnie? Dawno chciałam napisac tą notkę, jeszcze jak w pierwszym tygodniu wychodziłam rano na taras na poranną kawę, wtedy jeszcze nie wciągnęłam się w codzienną rutynę i delektowałam się po prostu tym że jest cudownie. Wszystko tutaj jest idealne, wszystkie nasze potrzeby zaspokojone. Aż trudno w to uwierzyc. W Porównaniu do tego dwupokojowego mieszkanka na drugim piętrze tutaj mam istne królestwo. Duży salon, duży hol, kuchnia przedzielona z jadalnią, krzyśkowy gabinek( czyt. graciarnia) sypialnia, pokój Kuby (czyt. zabawkowa graciarnia) WC, pralnia, łazienka, z kuchni i z pralni wyjście na taras, z tarasu wejście do spiżarni, pomieszczenia przy garażu i do garażu. Poza tym zadbany duży ogródek z mnóstwem kwiatów i krzewów. Poprzednia właścicielka chyba kochała rośliny i ogródkowe prace. Mamy miejsce na grządki (Krzysiek już posiał szpinak, rzodkiewkę, marchewkę, koperek, pietruszkę, sałatę, mieliśmy też pomidory i ogórki ale niestety kilka dni z rzędu był ostatnio przymrozek więc nic z nich nie zostało) mamy też krzewy porzeczek, poziomki, czosnek, szczypiorek, rabarbar, śliwkę i jabłonkę, krzak pigwowca, jaśmin a za naszym ogodzeniem jest kawałek trawy a potem leśna gęstwina z dzikimi malinami i jagodami. Poza tym nie muszę się martwic paleniem w piecu (sen z powiek mi to spędzało, bo jak to jak pojedziemy w zimie do Polski?) ogrzewanie jest bowiem z miasta. Łazienka, kolejny bonus dla nas, wanny może i nie ma ale jest ogrodzony podwójny prysznic tak że stawiam wanienkę i Kuba może sobie wylewac wodę do wody, nie to co w tamtym mieszkaniu gdzie do kąpieli musieliśmy się wszyscy rozebrac bo łazienka cała pływała. No i plac zabaw jest bliziutko a w centrum pizzeria z przepyszną pizzą i wszędzie płasko tak że wychodząc z domu wracam w takim samym stanie jak wyszłam a nie utyrana i zziajana myśląca tylko o tym czy już umarłam czy jeszcze nie (poprzednia miejscowośc to tylko góry i doliny nie do pokonania z wózkiem) no a najlepsze jest to że i po jednej stronie i po drugiej są sąsiedzi z dziecmi. Narazie znamy się tylko z jednymi. Bardzo spoko, pomagają nam, rozmawiają a ich dzieci są u nas czestymi goścmi. Jest Maia (6 lat) Mio (2,5) i Max (8) Kuba uwielbia Maię, zapatrzony w nią jak w tęcze. No i języka się uczy i w końcu ma kontakt z innymi dziecmi. Tam gdzie mieszkaliśmy ani jednego dziecka do zabawy. No i ja się uczę bo ta mała to nawija do mnie jak najęta :D I do przedszkola nie muszę Kuby wysyłac bo kontakt z dziecmi już ma. A wisienką na tocie jest biały kot. Zawsze marzyłam żeby go miec ale Krzysiek absolutnie się na kota nie godzi. Więc kot je i śpi u sąsiada a przychodzi do nas. Mega przyjazny, taka przylepa, długowłosy, biały, z niebieskimi oczami. Tylko kleszcze po nim biegają jak po autostradzie. Pozytywy mogłabym wymieniac w nieskończonośc ale muszę kończyc bo Krzysiek jedzie do pracy. A i praca o niebo lepsza bo od poniedziałku do piątku i nikt Krzyśkowi z batem nad głową nie wisi bo on sam sobie robotę organizuje. Jest cudownie!!

czwartek, 2 czerwca 2016

Dobre wieści:)

Było mocno pod górę to teraz jestem na szczycie :D równo i stabilnie, tak jak chciałam:) Byłam na drugim usg. Lekarz powiedział że on nie widzi żeby coś z łożyskiem było nie tak, nawet trochę się odsunęło, powiedział że jest dobrej myśli i że zapewne odsunie się jeszcze bardziej. Nie był optymistycznie nastawiony do porodu siłami natury ale to mnie akurat nie zdziwiło. Ja tam odetchnęłam głęboko i zabrałam się za czytanie książki "Poród Naturalny" Iny May Gaskin. Nastawiam się że tym razem się uda. Grunt że wszystko jest w porządku i nie muszę się głowic jak tu nie dźwigac dźwigając. Wróciłam do Szwecji, razem z mężem i jest cudownie. Jakie to dziwne że przez dwa tygodnie nie musiałam gotowac, sprzątac, w sumie to nic nie musiałam robic, Kuba miał dziadków i praprababcię, kupę atrakcji a jakoś było mi tak okropnie ciężko że nawet nie chcę wspominac. A tutaj? W końcu mogę się namieszkac w nowym domu, nacieszyc się nim. Jest jak w bajce i jakoś daję radę ogarnąc i Kubę i obiad i nawet sprzątanie. To ostatnie to akurat syzyfowa praca. W porównaniu do dwupokojowego mieszkania ten dom jest ogromny, męczę się samym chodzeniem z jednego końca na drugi i tak odkładam te rzeczy i odkładam a i tak nie widac mojej pracy a lista rzeczy do zrobienia zamiast stawac się coraz krótsza z każdym dniem wydłuża się jeszcze bardziej ale mimo to jestem szczęśliwa. Bo u siebie, bo każdego dnia wiem że Krzysiek wróci, że nie jestem zostawiona z tym wszystkim sama. Nikt mi tutaj niczego nie wypomina, nie wymaga ode mnie żebym była taka czy owaka, nie ocenia, nie udziela "złotych rad". Mam wrażenie że niektórym osobom chodzi tylko o to żeby wytknąc błąd, żeby dobic, dokopac i to wszystko oczywiście z "dobrych chęci" Dziękuję za taką pomoc. Teraz jest dobrze więc chłonę to wszystko póki trwa:)
P.S Bardzo prawdopodobne że czekamy na córeczkę :):)

niedziela, 22 maja 2016

Niedawno miałam pisac post że jest mi jak w raju. Zaraz po przeprowadzce do nowego domu. I faktycznie przez tydzień było jak w raju. W porównaniu do mieszkania w którym byłam uwięziona jak pies przy budzie przeprowadzka do domku z ogródkiem to po prostu sen na jawie. Szkoda że tak krótko trwał bo po tygodniu przyjechałam do Polski. I tuta zaczęło się dopełnianie czary goryczy która wzbierała już od dawna. Po to Pan Bóg wymyślił małżeństwo żeby dwoje ludzi było razem. Razem łatwiej. A ostatni czas mnie tego całkowicie pozbawił. Jeszcze w szwecji się zaczęło a tutaj się kończy. Ja nie wiem jak sobie radzą samotne matki. Ja sobie nie radzę. Czekam na Krzyśka jak na ostatnią deskę ratunku. I nie to, że mi jakoś tutaj strasznie źle. Po prostu czuję się z tym wszystkim straszliwie osamotniona, niezrozumiana przez nikogo. Mam wrażenie że co raz więcej nakłada się na moje barki, a ludzie wokół tylko wymagają. Wymagają tego że ze wszystkim sobie poradzę, będę szczęśliwa i uśmiechnięta i dam Kubie wszystko z siebie bo przecież od tego jestem. W sumie to już chyba przestałam być człowiekiem a zostałam "matką" pozbawioną jakichkolwiek potrzeb poza jedną jedyną jaką jest potrzeba oddania wszystkiego dziecku bez najmniejszego grymasu na twarzy. A druga ciąża? Trzeba było myśleć i nie "robić sobie dziecka" skoro sobie nie radzę. I do tego nawet w głupich banalnych sprawach mam pod górkę, jakby wszystko się sprzysięgło i chciało mnie dobić. Pojechałam do ginekologa na pierwszą wizytę. Jakiś dzień wcześniej przyszła mi książka o porodzie naturalnym. Tak bardzo chciałam żeby teraz się udało i co? Łożysko przodujące z podejrzeniem wrastania w bliznę. Już sobie porodziłam. Do lekarza mam prawie godzinę drogi. Kuba został pierwszy raz z babcią na tak długo. I co? Z powrotem samochód nie chciał zapalic i wróciliśmy dopiero na 20.00 od godziny 15.15. Babcia na szczęscie sobie poradziła. Dentystka schrzaniła mi zęba, muszę jechac jeszcze raz. Kuba też rzuca mi kłody pod nogi bo budzi się każdej nocy z milion razy i w dodatku jakiś taki niezdrowy mi się wydaje. Wszystko jest nie tak jak bym chciała. A teraz to chcę tylko jednego: schować się w ramionach męża i pokazać środkowy palec całemu złemu światu!!!

wtorek, 26 kwietnia 2016

Wesołe jest życie beduina... No... Nie całkiem

Chciałabym napisać ze wesołe jest życie beduina, ale ostatnio już trochę za dużo tych przeprowadzek, już tak bardzo chciałabym gdzieś rozlokować się na stałe, odpocząć. Tyle zmian ostatnio na nas spadło, zmiana pracy, Krzysiek ma teraz dużo na głowie, nowe obowiązki, zaczął prace na koparce a wiadomo początki są trudne, musi opanować ten cały sprzęt i do tego ogarnąć stronę papierkowa, poza tym robota jest na południu, dwie godziny jazdy, dlatego tez się przeprowadzamy, tutaj tez masa rzeczy do ogarnięcia, przez dwa tygodnie siedziałam z nim tam, na weekend wracaliśmy tutaj, wożenie tych wszystkich gratów w jedna i druga stronę, no bo wiadomo jak z dzieckiem, logistycznie trzeba było to wszystko odpowiednio rozegrać, przyjeżdżaliśmy w piątek na noc a w niedziele po południu już jechaliśmy z powrotem, gdybym pojechała i na ten tydzień to w środę znowu musielibyśmy się przeprowadzać do jeszcze innego domku bo jakieś grajki z Holandii przyjeżdzają. Już wolałam zostać tutaj z Kuba niż się tak tułać. Mieszkanie mamy do końca kwietnia, w dwa dni musimy zabrać wszystkie rzeczy i jeszcze posprzątać na błysk, może nawet wytapetować. Próbuje się trochę pakować ale z dzieckiem to taka robota, ja wkładam a Kuba wyjmuje, z reszta jak Kuba jest współpracujący to w pierwszej kolejności próbuje sklecić coś do jedzenia. No a w nowym domku pomieszkam sobie raptem tydzień bo potem jedziemy do polski, i znowu zostanę bez krzyska na trzy tygodnie ale za to do lekarza pójdę w końcu. Chociaż teraz to już chyba bym wolała do końca ciąży nie wiedzieć co tam w brzuchu słychać. Jakoś tak strasznie się boje ze coś będzie nie tak, już to widzę oczami wyobraźni i pot mnie oblewa, przecież ja bym nawet nie miała jak się do szpitala położyć bo z kim Kubę zostawię. Nie no osiwieje od tego wszystkiego. Stabilizacji potrzebuje na gwałt, i świetego spokoju przynajmniej na miesiąc.